Camino Frances, 2011 r., etap 12

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

18 września, z Villafranca Montes de Oca do Burgos, 38 km

To był dzień rekordowy, a zaczął się tak niewinnie, tak przyjemnie…

Rankiem zwlekałam z wyjściem szlak, pamiętając iż przede mną góry , strome podejścia no więc zejścia też, a ponadto 12 km odludzia, żadnej wioski, żadnej cywilizacji. Idę  sama,  nie chce kusić losu, czekam zatem aż się dostatecznie rozwidni. Tuż przede mną, jako jeden z ostatnich , idzie ten przystojny  Anglik; tez coś bardzo zwlekał z wyjściem, pewnie czytał ten sam przewodnik co ja…

Pierwszy kilometr rzeczywiście dosyć uciążliwy, ale jest wczesny świt, słońce nie wzeszło, idzie się zatem wygodnie.  Kiedy już się trochę rozruszałam, nabrałam spokojnego rytmu marszu, rozglądam się po okolicy i … jestem oczarowana ! Owszem, są strome podejścia i zejścia, to są ciągle góry, ale jest tak pięknie widokowo : są zielone lasy, dużo przeróżnych krzewów, kwitną wrzosy zachwycające w swoim kolorycie i urodzie, śpiewają ptaki i  pachnie lasem, naturą , świeżością… jestem tak tym wszystkim zachwycona, oszołomiona, że w pewnym momencie po prostu zwalniam krok, aby jak najdłużej nacieszyć się  tym wszystkim co mnie otacza. Gdybym mogla, zostałabym gdzieś tam w tych górach, w tych lasach, z dala od wszelkiej cywilizacji… Tak przynajmniej mi się marzy…

Na jednym ze  wzgórz jest pomnik ofiar wojny domowej z 1936 r. ; dosyć nowy, pewnie niedawno postawiony. Bo tez dopiero teraz Hiszpanie zaczynają się rozliczać z mrocznych czasów wojny domowej i dyktatury  Franco.

W niespełna dwie  i pół godziny pokonuję 12 km i jestem w wiosce San Juan te Ortega. Odcinek, którego tak trochę się bałam, przeszłam nie wiedzieć kiedy i tak naprawdę po raz pierwszy droga ta mnie po prostu cieszyła. Nie myślałam o żadnych uciążliwościach, nic mi nie doskwierało, była tylko radość z możliwości jej przemierzania, z możliwości podziwiania pięknych widoków. I radość, że jestem sama, że nie muszę się zastanawiać jak to „coś” powiedzieć po angielsku, ani nie muszę skupiać się na tym, aby zrozumieć co ktoś  właśnie do mnie mówi….

Do tego stopnia kontemplowałam to co mnie otacza, że kiedy gdzieś na trasie dołączył do mnie tenże Anglik ( nie pamiętam imienia) i zaczął rozmowę, to po paru minutach go przeprosiłam i powiedziałam, że w drodze nie lubię rozmawiać. Nie było to uprzejme z mojej strony, chyba nawet trochę aroganckie.  Ale zrozumiał bardzo dokładnie i już nigdy więcej się do mnie nie odezwał. Jakkolwiek wydawał się być dość sympatyczny, to wtedy akurat nie miałam ochoty na żadne, ale to żadne konwersacje.

San Juan de Ortego to malutka wioska z dużym zabudowaniem klasztornym, w którym mieści się również albergue. Jest i  bar, więc wszyscy robią sobie obowiązkowy postój. Po 12 km ma się ochotę na chwilę odpoczynku i posilenie się przed dalszym marszem. Poranny marsz tak mnie uskrzydlił , że pozwalam sobie zatem nawet na nieco dłuższy , leniwy odpoczynek. Mam kanapki, kupuje kawusię, zdejmuję buty, nóżki do góry … i „życie jest piękne”…

A potem znowu plecak na plecy i ruszam ku słońcu. Dosłownie i w przenośni. Droga nie najgorsza, z dala od głównych dróg, jest cisza i spokój.  Nie ma już tylko tych pięknych lasów  jak te w górach Montes de Oca.  Gdzieś w drodze mija mnie grupa kolarzy. krzyczymy sobie  jak to zwykle -  „Buen camino”, ale kiedy już mnie wyprzedzili widzę, że maja na koszulkach napis „Polska”. Powiało mi Ojczyzną…

Po kolejnych 7 km dotarłam do Atapuerca. To dosyć spora miejscowość, znana z wykopalisk archeologicznych; znaleziono tu szczątki najstarszego człowieka Europy , ma ok. 780 tys. lat. Doszłam do tej miejscowości z zamiarem pozostania w niej na noc. Mam za sobą 19 km, może to wystarczy ? Mój przewodnik zachwala jedno ze schronisk, w którym ponoć jest luksus ponad wszelkie potrzeby pielgrzyma.  Ale jest jeszcze wczesna pora, albergue zamknięte.  Robię przerwę przy barze na małe ” co nieco” i medytuję zostać czy pójść dalej … Kolejne albergue jest w wioseczce oddalonej o 5 km, to niedaleko, tyle , że znowu trzeba przejść przez górę. W końcu się decyduję, aby jednak iść dalej. Dotrę do tejże wioseczki  i w ten sposób będę bardzo blisko Burgos, które chciałabym zwiedzić następnego dnia, bo to bardzo piękne miasto, ze wspaniałą Katedrą.

Droga okazała się niezbyt łatwa, chwilami byłam zła na siebie, że tak optymistycznie postanowiłam iść dalej. To było dosyć żmudne podejście na Alto Cruceiro. Droga była kamienista, chwilami były to wielkie „kamory”, że nie wiadomo jak ułożyć stopy , aby się nie poślizgnąć. Ale na samym szczycie  było urokliwie: otóż setki, a może tysiące pielgrzymów przede mną poukładało kamienie tak, że powstały z tego ogromne, kamienne okręgi. Przystaję i podziwiam. Zawsze jestem pełna uznania dla ludzi, którym po prostu coś się chce, chce się zrobić coś ponadto co muszą.  Gdzieś, kiedyś usłyszałam  takie życzenie : ” aby zawsze ci się chciało chcieć „  i im więcej lat  mi przybywa , tym bardziej doceniam  głęboką mądrość tego powiedzenia. I bardzo boję  się tego momentu, kiedy już nie będzie mnie się chciało…

Potem, jak zwykle  z górki na pazurki, ale szlak jest oznakowany dosyć słabo i chwilami mam wątpliwości, czy dobrze idę. Trasa jest bezludna, żadnej wioski, żadnego człowieka, wędrowca, słowem nic. W końcu  doszłam, znalazłam albergue. Myślałam, że będę tam sama, ale okazuje się , że są już tam Lucy i Guy ( kanadyjskie małżeństwo). Pokoiki są małe, 4-ro osobowe. Wybieram najprzyjemniejszy, a że jestem w nim  sama, czuję się prawie jak w eleganckim hotelu. Łazienka tylko do mojej dyspozycji, biorę prysznic spokojnie, bez poczucia winy, że ktoś tam  czeka na swoja kolej.

Jest już późne popołudnie, ale słońce jeszcze wysoko. Do kolacji (czyli  ichniego obiadu) jest jeszcze trochę  czasu, siadamy więc sobie w barze , sącząc wino, gaworząc sympatycznie, odpoczywając. Potem dochodzi jeszcze kilka osób, między innymi  Szwajcarka, z którą mijałam się już na szlaku. szła wolno, bo bolała ją noga. A skoro widzimy się drugi raz, to już jesteśmy „stare ” znajome.  Takie jest camino…Ta Pani  ćwiczy namiętnie tai-chi, ja też z nią spróbowałam i tak powyginałyśmy się wspólnie na placyku przed albergue.

Było milo i serdecznie  do momentu, w którym  Lucy znalazła w swoim pokoju jakiegoś robaka. Nikt z nas nie wie co to jest ( dzisiaj już wiem, ze to była larwa pluskwy), ale ponieważ bardzo boimy się  robactwa, więc Kanadyjczycy w oka mgnieniu pakują swoje bagaże i postanawiają iść do Burgos, kolejne 12 km. Jestem w rozterce, z jednej strony już nieco zmęczona, zapłaciłam już też za nocleg, ale z drugiej strony też nie chcę być pogryziona przez jakieś hiszpańskie robaki., więc po krótkim namyśle wrzucam wszystko z powrotem do plecaka i ruszam w drogę.

To był wyścig z czasem, przed sobą mam ok. 3 godzin drogi, więc do Burgos dotrę już prawie nocą. Szłam bardzo szybko, nie pamiętam żadnych mijanych wiosek po drodze, rozglądałam się tylko za żółtymi strzałkami. Kiedy dotarłam do przedmieść Burgos byłam potwornie zmęczona, spocona, głodna, spragniona… Bez skrupułów wsiadłam do miejskiego autobusu i przejechałam kilka przystanków do Centrum, skąd  było tylko kilka, może kilkanaście minut do albergue.  Meldując się w schronisku dostałam przedostatnie łóżko, numer 659 ( wszystkich było 660). Jeszcze jeden zakręcony pielgrzym i Tereska zostałaby na schodach Katedry…

Idąc do windy  słyszę radosny okrzyk : „TerezaI”, a to moje Brazylijki Veridiana i Adriana,uściskałyśmy się serdecznie, odtańczyły niemal taniec radości. Od razu też zapraszają mnie do swojego towarzystwa, zebrała się taka większa grupka tych co wyszli z SJPdP tego samego dnia. Niestety muszę odmówić,  prawie słaniam się na nogach, nie tyle ze zmęczenia, co z głodu. Najpierw muszę coś zjeść. Lucy i Guy też doszli , tuż przede mną, więc umawiamy się na zjedzenie kolacji.  Po kolacji  jeszcze krótki spacer wokół Katedry. Krótki bo to już noc, prawie ciemno , a o 23-ciej zamykają albergue.  I tak się stało, że do największego miasta na szlaku doszłam w tak niefortunny sposób. Została mi tylko jedna fotografia, zrobiona już nocą, na tle Katedry…

 

Hiszpanie nazywają Burgos gotycką stolicą, a XIII-wieczna Katedra de Santa Maria jest jedną z najpiękniejszych i największych w Hiszpanii, wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. No cóż, nie dane mi było pozachwycać się tym w blasku dnia, ani też dokładniej poznać to piękne miasto. Obiecuję sobie, że pozwiedzam  jutro rano.

Pomimo ogromnego zmęczenia nie mogę zasnąć, kiedy tylko zamykam oczy znowu jestem na szlaku, dalej maszeruję… Na dodatek obok mnie  śpi jakiś strasznie chrapiący człowiek. Tak chrapie, że mało mi śpiwora nie zerwie… Rano było jeszcze gorzej, bo jak się obudził to tak zaczął siorbać nosem  i wydawać jeszcze jakieś inne niesympatyczne dźwięki, że czym prędzej wyskoczyłam z łóżka i jako jedna z pierwszych spakowałam swój dobytek i wyruszyłam na szlak.

Jeden komentarz do “Camino Frances, 2011 r., etap 12

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>