Camino Frances, 2011,etap 13

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

19 września 2011, z Burgos do Hontanas, 31 km

Jest bardzo wczesny , poniedziałkowy poranek. Chciałam zostać dłużej w Burgos, pozwiedzać co nieco. Ale wszystko pozamykane. Na dodatek  nie mam nic do zjedzenia, bo wczorajszego wieczora nie było możliwości kupić już cokolwiek, Wypijam więc tylko cienką kawusię i ruszam w drogę, wypatrując intensywnie jakiegokolwiek baru. Tak przeszłam 10 km , aż do  wioski Tardajos  i dopiero tam znalazłam bar, w którym mogłam cokolwiek zjeść i napić się.

Niedaleko mnie siedział inny  gość. Zobaczyłam, że ma plecak z muszelką, a więc też pielgrzym. Nie zwracał jednak na mnie uwagi, nie padło nawet sakramentalne „Buen camino”, bo on zajęty był  jedzeniem. Zajęty, to mało powiedziane, Był do reszty zaabsorbowany  tą czynnością… Nie zdołałam policzyć ile kanapek wyciągnął z plecaka, ale cały czas zapamiętale żuł i pochłaniał , pochłaniał,  pochłaniał… Fizjonomię miał adekwatną do zjadanych pokarmów: zastanawiałam się , czy czasem to plastikowe krzesło nie pęknie pod nim…

Po tym przerywniku – dalej w drogę. Za Burgos wkracza się na tak zwaną mesetę czyli olbrzymi, bezdrzewny płaskowyż. Wiosną musi być tam ładnie, bo wokół zielone pola, ale teraz, jesienią pozostały już tylko żółte , spalone słońcem trawy. I bezkresna pustka.

Po kilku kilometrach zaczyna się podejście pod kolejną górę Alto Meseta; na górze odpoczynek ( uff, wszyscy mają dosyć), a potem znowu płaską mesetą przed siebie.  Po drodze mijam malutkie schronisko San Bol, położone na zupełnym pustkowiu i jest tam tylko kilka miejsc do spania. Wygląda to dosyć osobliwie. Potem jest jeszcze  schronisko w wiosce Hornillos del Camino. Ale ja chcę dojść do Hontanas, które jest ponoć bardzo uroczym miejscem. Zatrzymuję się tylko  w tymże Hornillos, aby  zjeść coś ciepłego i dać odpocząć moim stopkom.

Hornillos to również jedna z wielu uroczych wioseczek po drodze. Domy usytuowane są wzdłuż głównej , jedynej zresztą ulicy. Pośrodku wioseczki jest mały placyk z kościołem, barem i albergue. To samo centrum. Tu skupia się całe życie iluś tam ( kilkudziesięciu lub kilkuset) mieszkańców, których zwykle  w ogóle nie widzimy. O tej porze, kiedy my wędrujemy oni są w pracy lub mają sjestę  i nie wychodzą z domu. Jedyną atrakcją dla takich wiosek są właśnie pielgrzymi. Tak jest i dzisiaj: przy barze, na placyku, rozstawionych jest kilka stolików, z tego 3 zajęte tylko przez pielgrzymów. Jest m.in. znajoma mi trochę dwójka Włochów, ona i on , odpoczywają na barowych krzesełkach całkiem spokojnie, opalając się . Zachowują się jak na najlepszych wakacjach. Typowo włoski luz !

Po godzinie ruszam dalej. Idę, idę i wydaje mi się , że ta droga nie ma końca. Licząc czas, który upłynął, powinnam już widzieć gdzieś w oddali domy Hontanas. Mam chwile zwątpienia, może zabłądziłam ? Nikt więcej nie idzie, wokół mnie pusta, szara przestrzeń… I nagle droga się załamuje, widzę ukrytą dolinę , a właściwie wąwóz i tam właśnie jest to moje Hontanas. Jeszcze tylko ostro w dół na tych moich zmęczonych już i bardzo piekących stopkach i jestem na miejscu.

To taka dziwna wioska, jakkolwiek bardzo urokliwa. Parę starych, nawet bardzo starych domów, jeden hotel, kilka schronisk. Jeden bar, jeden sklepik, jedna uliczka. W moim przewodniku wyczytałam, że jest to wioska „pielgrzymia” i nie zmieniła się od wieków. I z tym się zgadzam. Nikt się tu nie zgubi, nie zabłądzi, nie zniknie z oczu. Całe życie toczy się przy tej uliczce i przy barze. Nawet pranie wystawione jest na ulicę na przenośnych suszarkach.

Ma to swoje złe i dobre strony : pielgrzymi są blisko siebie i co rusz to ktoś rozpoznaje swoich wcześniej poznanych towarzyszy podróży lub też nawiązuje nowe znajomości. Widzę też trochę znajomych buziek, między innymi jest Kasia i to z nią spędzam wieczór.  Jesteśmy jedynymi polkami, nikt nas nie rozumie, więc bawimy się doskonale. Z Kasią nie można poważnie, z nią zawsze jest wesoło i rozmowa toczy się wokół takich właśnie  rzeczy łatwych, lekkich i przyjemnych  ( sączone przy tym winko  bardzo pomaga w podtrzymaniu takiej atmosfery…) Kasia przebywała jakiś czas w Portugalii, a ja byłam tam w zeszłym roku ( tzn. w 2010 r.) , opowiadamy więc sobie o tym pięknym kraju.

Wieczór był długi i bardzo przyjemny, ale noc – jak zwykle – niemal bezsenna, na dodatek bardzo zimna. Zakładam polar, przymykam okno, ale ktoś obok chrapie… zasypiam bardzo późną nocą.

Jeden komentarz do “Camino Frances, 2011,etap 13

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>