Camino Frances, 2011, etap 14

DSCN2829
0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

20 września 2011r., z Hontanas do Boadilla del Camino, 29 km

Rano czuję się niepewnie; ten długi wieczór, ta nieprzespana, któraś z kolei noc i przebyte kilometry, chyba dają znać o sobie. Nie miałam pojęcia, że to pierwsze symptomy czegoś o wiele gorszego…

Wypijam kawusię z mlekiem, zjadam kanapkę i 7.30 w drogę. Na trasie odzyskuję wigor, jest wczesny ranek, powietrze rześkie, a nawet bardzo chłodne, idę w polarze ale ręce mam zmarznięte. Po 6 km docieram do wioski San Anton. Wioska, to za dużo powiedziane. Dwa, może trzy domy i olbrzymie ruiny dawnego klasztoru, w którym usytuowane jest albergue. W dawnych czasach mieścił się tu szpital  na 12 łóżek, w którym zakonnicy leczyli pielgrzymów. Dla tradycji utrzymuje się tu 12 miejsc do spania, a zebrane datki mają posłużyć do odbudowy tych ruin. Ale jest to albergue dla zdesperowanych , śpi się bowiem pod gołym niebem. Upalnym latem może to być atrakcyjne, ale o tej porze, kiedy noce są takie zimne , brrr, na samą myśl przechodzą mnie ciarki. Ręce mam tak zmarznięte, że z trudem robię zdjęcie.

Po następnej godzinie docieram do Castrojeriz. To dość spore miasteczko w porównaniu do ostatnio mijanych wiosek. Jest kilka schronisk, bary restauracje. Szlak wije się głównymi ulicami miasteczka. Jestem już w drodze niemal 3 godziny, robię więc sobie  małą przerwę na odpoczynek i posilenie się.

Po krótkim odpoczynku dalej w drogę. Słońce już jest wysoko, więc momentalnie robi się gorąco.  A przede mną kolejna góra Alto Mostaleros i znowu mordercze podejście w piekącym słońcu. Że też nie napotykam gór rankiem, kiedy jestem wypoczęta i słońce nie grzeje tak nieludzko ? Tym razem biorę się na sposób: odliczam  w myślach 100 kroków i robię przerwę, i znowu 100 kroków i przerwa. Ma to swoje zalety : licząc nie myślę o zmęczeniu i droga mija jakoś mniej uciążliwie. Przy tym  po każdej setce kroków , robiąc przerwę oglądam się za siebie  i patrzę. Patrzę na to co już za mną, patrzę z coraz wyższego poziomu na widoki pozostawione za sobą, tam niżej i niżej… Patrzę i wydaje mi się, że  moje oczy to aparat fotograficzny, biologiczny aparat. Spojrzenie, mrugnięcie powiek i jest zdjęcie. I znowu spojrzenie i  mrugnięcie, spojrzenie i mrugnięcie… I tak upycham te zdjęcia w moich oczach i wcale nie czuję , aby się zapełniały; wciąż chłoną, chłoną, chłoną.

Potem z kolei zamykam na chwilę oczy  i przywołuję wybrany  obraz i jest, widzę go. Mrugam i widzę kolejne zdjęcie. Wspaniały automat, niemal niewyczerpany. Może kiedyś nauka będzie potrafiła wydobyć zapamiętane obrazy z oka człowieka ?  Jakkolwiek myślę, że to byłoby straszne: kontrola oglądanych obrazów, kontrola myśli… Nie , to mogłoby mieć straszne reperkusje dla ludzkości.

Po  dotarciu na szczyt odpoczywam dłuższą chwilę , zmieniam  buty na sandały; już wiem , że po tej wspinaczce będzie ostre zejście w dół.  Za mną wdrapała się trójka Brazylijczyków: młoda kobieta i mężczyzna i jeden nieco starszy. Tego ostatniego poznałam w Burgos, przedstawiła mi go Adriana, stąd wiem, że to Brazylijczycy.  Spotkam się z nimi jeszcze nie raz i spędzę bardzo uroczy wieczór. Ale to potem…

Ruszam w dalszą trasę. Odczuwam lekkie zmęczenie; idę już drugi dzień  mesetą, która sama w sobie jest męcząca swoim jednostajnym, bezbarwnym pejzażem. Wokół wszechobecna żółć, nawet oczy są już zmęczone.

Po 20 km marszu  mijam malutkie albergue San Nicolas, prowadzone przez włoskich kawalerów maltańskich na zupełnym niemal pustkowiu. . To kolejna ciekawostka na szlaku. Albergue urządzone jest w odrestaurowanym XIII-wiecznym  kościele, ma tylko 8 miejsc dla pielgrzymów i prowadzone jest według starych  reguł. Ponoć zakonnicy myją nawet pielgrzymom nogi (!), trudno jest dostać tu miejsce. Weszłam  do środka, aby przynajmniej zobaczyć to miejsce, ale nocować tu nie będę, umyję sama swoje nogi.

W kolejnej wiosce Itero de la Vega robię kolejny odpoczynek. Pijąc kawę dywaguję czy iść dalej, czy też tu zostać; prawie wróżę z fusów. Od kiedy idę sama nie planuję  na sztywno moich postojów. Zdaję się na kondycję i na wyczucie. Idę tam, gdzie będzie mi odpowiadało, aby spędzić noc, lub tam dokąd moje nóżki zechcą mnie zaprowadzić. Tak jest i tym razem. Siedzę na tarasie, credencial ( paszport pielgrzyma) podbiłam , ale nie czuję atmosfery camino… i już wiem, że pójdę dalej. Kolejne albergue jest w Boadilla del Camino , 8 km stąd, czyli czeka mnie około 2-godzinny marsz. Ale idę…

Boadilla to większa miejscowość, jest kilka schronisk. Mijam pierwsze dwa i idę do tego, o którym wyczytałam w przewodniku, że prowadzone jest  przez Holendra,  mówiącego   po trosze wszystkimi językami Europy. Kiedy przekroczyłam bramę miałam wrażenie, że znalazłam się w raju… Zobaczyłam olbrzymi ogród, zieloną trawę, pośrodku basen. Wokół  niego odpoczywali pielgrzymi, którzy wcześniej dotarli do tej oazy ciszy i  relaksu.  Przetarłam niemal oczy ze zdumienia , jestem oczarowana no i już wiem, że tu zostanę. Oby tylko były jeszcze wolne miejsca.

Całe to popołudnie i wieczór były jak z bajki. Atmosfera, jaka daje otoczenie udziela się wszystkim wędrowcom. Po umyciu się i opraniu jest czas na slodkie lenistwo; jedni leżą na zielonej trawie, inni moczą nogi w basenie, inni siedzą w cieniu, sącząc napoje, czytając, rozmawiając.  Jest cicho, spokojnie, sielsko…

Trudy przebytej drogi wydają się mało ważne, zmęczenie znika  jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.  Czuję radość i błogość  w sercu, że dane mi było dojść aż tu, że dane  mi jest podziwiać to wszystko, że jestem wśród  ludzi, którzy tak jak ja , wyruszają z domu, skazując się na niewygody, na zmęczenie, na codzienne zmaganie się z własnymi słabościami, z trudami drogi, aby w końcu dojść  do celu, do symbolicznego celu.

Bo przecież dotarcie do Katedry w Santiago to tylko wymiar fizyczny; liczy się przede wszystkim to, czego doświadczymy w drodze, co zobaczymy, czego się dowiemy, czego nauczymy. Liczą się spotkania, rozmowy, przemyślenia…

Stąd tak ważna jest aura, jaka tworzy się w takim zbiorowisku , w każdym albergue, każdego wieczora: to poczucie wspólnoty, bycia prawie jak rodzina na te kilka  czy kilkanaście godzin, To pozwala zapomnieć, a przynajmniej zminimalizować tęsknoty za domem, za krajem, za ojczyzną…

Bo wokół siebie masz takich samych umęczonych ludzi jak ty, nie ma żadnych różnic społecznych. Są po prostu pielgrzymi. I wiesz, że twój uśmiech zostanie odwzajemniony tak jak i ty odwzajemniasz ich uśmiechy, że będziesz serdecznie pozdrowiony, tak jak ty pozdrawiasz innych, że w razie potrzeby zawsze ktoś przyjdzie ci z pomocą, że nikt nie przejdzie obojętnie wobec twojego cierpienia.

To cudowne miejsce dopełnia  w znakomity sposób tenże Holender. Młody człowiek, z włosami typu dredy, z niespożytą energią, witający wszystkich niezmiernie serdecznie. „Dzień dobry Polska, jak się masz?” -  tak zostałam przez niego przywitana.  Taki człowiek – orkiestra : gotuje, kelneruje, sprząta, wita przybyszy, ma oko na wszystko co się dzieje i dla każdego ma zawsze dobre słowo…

Po południu, kiedy już odpoczęłam, zwiedzam wioseczkę, stary kościółek i jeszcze z ciekawości zaglądam do innego, municypalnego albergue. To dość ponury budynek, jak to dobrze, że tam nie zostałam. Przy stoliku siedzą dwie panie; buźki znajome, już się mijałyśmy na trasie niejednokrotnie, obie anglojęzyczne. Zwróciłam na nie uwagę, bo to panie mniej więcej w moim wieku i też wysokie, tak jak ja.  Szybko zauważam takie osoby.

Pozdrawiamy się serdecznie, więc przysiadam się do ich stolika i zamawiam mój ulubiony napój na camino  ” la cervezza con lemon” , czyli piwo z sokiem lemonowym. Były zaskoczone tym zestawieniem, od razu też zamówiły to dla siebie. Ale wcześniej przedstawiamy się sobie: jedna to Angielka Sue, a druga Amerykanka Mali. Ilekroć później spotykałam  się na trasie zawsze dziękowały mi za  poznanie tego świetnego „ugaszacza” pragnienia. ( Mali nie raz pisze w mailach, że przyrządza sobie ten napój  w Ameryce, jak tylko jest jej gorąco).

W moim albergue z kolei poznaję m.in. Annę, która ponad 30 lat temu wyemigrowała z Włoch do Kanady. Ma trójkę dzieci, wychowywała je sama ( mąż ją zostawił) i teraz idzie z  najmłodszą , osiemnastoletnią  córką . Anna jest miła, ciepła, bardzo serdeczna , szybko nawiązujemy znajomość. W ciągu tego wieczora opowiadamy sobie mnóstwo rzeczy, tak jak byśmy się znały od dawna. A rozmowa toczy się  w taki sposób, że Anna ( na moją prośbę) mówi do mnie po włosku, a jej odpowiadam po angielsku.

Niestety, nie spotkałam jej już potem ani razu. Szkoda, to taka osobowość, której się nie zapomina, coś w rodzaju mojej nieodżałowanej  Virginii…

Jest tez francuskie małżeństwo, z którym mijam się od dłuższego czasu. Zapamiętałam je, bo kiedyś Ona powiedziała coś do mnie po francusku , ja jej na to wyklepałam formułkę ” że ne kąprą pa, że sui polonez” ( czyli :nie rozumiem, jestem polką- w zapisie fonetycznym) , a ona na to : „dzień dobry, mój tata też polak”. Tyle mniej więcej umiała po polsku i to nam wystarczało. Ile razy spotykaliśmy się , pozdrawiała mnie : „dzień dobry, jak się masz ?”

Jest też para z Niemiec, którzy wyruszyli tego samego dnia z SJPdP. Wśród tłumu, który szedł przez Pireneje, zwróciłam na nich uwagę, bo szli bez dużego plecaka ( wysłali bagaż przewozem), a przy tym ona była bardzo brzydka, a on dużo od niej młodszy i zawsze szedł trochę z tyłu,  tak jak by za karę. Parę dni później miałam okazję z nią porozmawiać, powiedziała mi , że jest wdową i idzie z bratem swojego męża. Ta niemiecka para śpi w moim pokoju i jest to niestety jedyny minus pobytu w tym miejscu. Bowiem ta pani tak strasznie chrapała, że w ogóle nie dało się spać. Nawet moja muzyczka nie była w stanie zagłuszyć jej chrapania. No więc kolejna noc przemęczona.

O Jezu, skąd ja czerpię siły ?

 

 

2 komentarze do “Camino Frances, 2011, etap 14

  1. Do dzisiaj nie wiem, wierzę jednak , że Św. Jakub czuwał nade mną … i oby czuwał dalej …
    Buziaczki dla Ciebie !

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>