Camino Frances , 2011, etap 15 i 16

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Czas już mnie nagli, za kilka dni wyruszam w kolejną podróż, a chciałabym dokończyć   to com zaczęła, czyli wspomnienia sprzed dwóch lat.  Do Santiago jeszcze wprawdzie daleko, lecz moja wędrówka skończy się nagle i mało przyjemnie. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam…

W dzisiejszym blogu zatem krótka relacja z kolejnych dwóch etapów. Krótka, bo tak naprawdę niewiele się działo na tych etapach, nawet widoki nie były na tyle  porywające, aby chciało mi się robić więcej zdjęć… Ot, takie sobie wędrowanie….

21 września 2011, z Boadilla del Camino do Carrion de los Condes, 26 km

Po koszmarnej nocy dzień zaczął się bardzo przyjemnie, wyruszam w drogę po lekkim śniadanku. Od rana nie opuszcza mnie optymizm, dzisiejszy etap ma być łagodny, bez większych wzniesień. Jest  7.00 rano ,  tu jeszcze ciemno, ale wyrusza kilka osób , więc się nie boję. Świecimy latarkami, aby znaleźć szlak no i już kijki stukają miarowo o podłoże. Pierwsze 7 km do Fromisty mija tak szybko, że aż żal. Bo droga była bardzo ładna, wzdłuż drzew, pól i wzdłuż wiekowego kanału rzecznego. Przy czym nie grzeje jeszcze mocno słońce, więc można by tak iść i iść …

Za Fromistą szlak zaczyna prowadzić wzdłuż głównej drogi. jest wydzielona ścieżka dla pieszych, ale szum przejeżdżających samochodów odbiera sporo uroku mojej wędrówce. Idę już sama, kontemplując drogę i zatapiając się we własnych myślach. Teren dosyć monotonny, nie zanotowałam nic szczególnego. Oprócz tego , że gdy słońce zaczyna przypiekać, zaczynają cierpieć moje stopy. Ale to już jest nudne  od ciągłego powtarzania, to tak jak bym pisała, że oddycham, że macham kijkami, że chce mi się jeść  czy pić. Bo ten piekący ból  stał się nieodłącznym towarzyszem mojej wędrówki, znienawidzonym towarzyszem…

Nie wiem czy los mnie  chce w ten sposób doświadczać bo na każdej wędrówce  jest coś takiego, co odbiera mi  – może nie całą, ale dużą część radości i nie pozwala  zapomnieć o zwykłych, powszednich dolegliwościach. Za każdym razem jest to coś innego, coś czego nie jestem w stanie przewidzieć, przygotowując się na wędrowanie. „To nie droga jest trudnością, to trudności są droga”  , to powiedzenie sprawdza się całkowicie  w moim przypadku . Przystaję w każdej wiosce, przysiadam na każdym miejscu wydzielonym do odpoczynku, korzystam z każdej okazji, aby choć na chwilę zdjąć buty, ochłodzić stopy. A i tak kolejne kilometry to po prostu męczarnia…

Carrion de los Condes to kolejne większe miasteczko na szlaku, będzie okazja aby uzupełnić zapasy niezbędnych rzeczy : mydło, szampon, chusteczki higieniczne, środki opatrunkowe. Jest kilka schronisk, idę do takiego usytuowanego w centrum, abym miała blisko  na zakupy. Nie jest zbyt urokliwe, ale ma wszystko co trzeba ( łazienki, kuchnia, pralnia, mały ogródek). W tym albergue zatrzymały się też Sue i Mali,  a także spora grupka Włochów, z którymi mijam się od samego SJPdP, ale bez specjalnych zażyłości.

Po  doprowadzeniu się do porządku ( prysznic, pranie itp) idę na spacer do miasteczka, szukając baru, w którym będę mogła zjeść zupę z soczewicy. Taką mam dzisiaj zachciankę. Problem polega na tym, że większość restauracji i barów jest zamknięta do wieczora( sjesta) , ale ja jestem głodna teraz i muszę coś zjeść .Coś, czyli zupę z soczewicy…   Udało mi się, jest otwarta jedna restauracja i maja tą zupę. Jaka radość; pałaszuję ją z wielkim apetytem. Obok  mnie przysiadła się Sue. Kiedy już zaspokoiłam moja zachciankę,  spokojnie sączymy sobie z Sue  ” la cervezza con lemon”. Mali została w albergue, opatrując swoje straszne pęcherze.

A potem robię niezbędne zakupy, Wstępuję też do apteki i kupuję dodatkowe żelowe ( silikonowe)wkładki do butów, które farmaceutka polecała mi  z pełnym przekonaniem. Wydaję niemal fortunę, ale nadzieja ulżenia moim stopom  jest bezcenna.

22 września 2011, z Carrion de los Condes do Terradillos de los Templarios, 27 km

Wychodzę na szlak  jeszcze wcześniej niż poprzedniego dnia. Dużo pielgrzymów wyrusza tak wczesnym rankiem na szlak, bo czeka nas 17 km  marszu non stop. Żadnej wioski, baru, przystanku, nic. Droga prosta, wokół pola i bezkresna dal aż po horyzont. Monotonia.

Żeby czas mijał szybciej zaczynam sobie recytować wiersze, śpiewać zapamiętane piosenki ( dobrze, że nikt tego nie słyszy). Potem rozmyślam, jak zwykle… Szlak prowadzi z dala od szosy, jest cicho i spokojnie .

Po 17 km jest pierwsza wioska na trasie Calzadilla de la Cueza. Nie ma osoby, która by się nie zatrzymała przy tamtejszym barze , aby coś zjeść, napić się , czy też po prostu odpocząć.  Mali i Sue już tam są. Poznaję też Szwajcarkę imieniem Annalis; chwilę rozmawiamy. Ona idzie bardzo wolno, jest po operacji biodra i ma endoprotezę. Szczerze ją podziwiam i tak sobie myślę  z jakimi problemami ludzie wyruszają na szlak, nie wszyscy są zdrowi, szczęśliwi i bogaci, jak by się mogło wydawać ( i co kilka dni wcześniej tak tłumaczyłyśmy Kate).

Dalsza trasa nie była już tak monotonna, niemniej  odbierałam ją bez specjalnych zachwytów. Definitywnie skończyły się winnice. Teraz są bezkresne  łąki, wysuszone trawy, jakieś rachityczne drzewka. Gdzieniegdzie widać stada pasących się owiec albo krów.

W oddali, na wzniesieniach  białe, wiatrowe wiatraki. jest ich mnóstwo wokół. Nie tylko w tym rejonie, nie ma bowiem dnia abym nie widziała ich na horyzoncie. Nie słychać natomiast ptaków. Prawdopodobnie ptaki źle znoszą szum  tych nowoczesnych urządzeń.  No i chyba coś w tym jest.

W Terradillos de los Templarios  trafiam do drugiego alberge, na samym końcu wioski.  Robi dosyć sympatyczne wrażenie. Jest tam też już Sue i Mali i to z nimi spędzę całe popołudnie i wieczór.

Po południu wybrałam się z Mali na spacer, ale wioska jest tak mała , że po kilkunastu minutach wracamy z powrotem. Kościół zamknięty ( to już prawie norma) , bar zamknięty, ludzi nie widać. Kilka starych domów i to wszystko.  Pisząc maila do rodzinki tego dnia stwierdziłam, że nazwa wioski jest dłuższa niż ona sama…

Jedyny godny do zanotowania fakt to taki, że właśnie w tej miejscowości  przekracza się połowę drogi  do Santiago de Compostela ( licząc oczywiście od Saint Jean Pied du Port). Jestem w drodze  16 dni, jeśli pójdę tym tempem będę w Santiago około 10-go października. Planuję sobie, że w Leon  policzę już to dokładniej ( trasę od Leon znam już przecież) i wtedy dam znać synowi na kiedy mógłby mi zabukować jakiś lot powrotny.

Jestem pełna dobrych myśli, kondycję mam coraz lepszą, nie odczuwam żadnych trudów podróży , poza nieszczęsnym pieczeniem w „podstopiach”. Liczę jednak na to , że dni będą coraz chłodniejsze, słońce nie tak ostre  więc i to powinno się nieco poprawić. W razie czego, po dotarciu do Leon, mogę jakiś odcinek przejechać autobusem, tam już bowiem szłam dwa lata temu.

Tak sobie kalkuluję tego leniwego popołudnia , odpoczywając w Terradillos, takie sobie układam plany.  I tylko nie wiem, że los ma dla mnie inne plany, że w Leon znajdę się szybciej i nie w takim stylu jak myślałam i że z Leon będę musiała czym prędzej wracać do domu…

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>