Camino Frances, 2011, etap 17

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

23 września, z Terradillos de los Templarios do El Burgo Ranero, 31 km

Z dnia na dzień wstaję coraz wcześniej i coraz wcześniej wyruszam na szlak. Coś mnie gna, coś pośpiesza, sama  tego nie rozumiem. Śpię niewiele, jem niewiele, jestem cały czas jakby czymś podekscytowana. Zamiast wyciszyć się, odsunąć te problemy, które i tak są nie do rozwiązania, odpocząć od wszystkiego – ja chodzę jak nakręcona…

Wstałam o 5-tej, o 6-tej jestem już w drodze. Ciemno, pusto, głucho. Cały świat, ten mój świat jeszcze śpi, a ja  czuję w sobie jakiś przymus, jakby głos wewnętrzny, które szepce: ” idź, bo czas ci się kurczy, masz go już mało”… Skąd to uczucie ?  Wtedy nie potrafiłam sobie tego wytłumaczyć, myślałam  , że coś ze mną jest nie tak, że „siada” mi psychika… Dzisiaj już wiem, że to ta cholerna intuicja, to przeczucie, którego to nieraz doświadczałam w życiu. Kiedy dzieje się ze mną coś dziwnego to później okazuje się , że to moje „wnętrze” reaguje  jakby z wyprzedzeniem , czując nadciągające zło, problem, niebezpieczeństwo, jakkolwiek to nazwać.

Gdybym żyła w średniowieczu pewnie już dawno spalono by mnie na stosie…

Po 6 km i ponad godzinie solidnego marszu doszłam do następnej wioski San Nicolas del Real Camino, w której jest małe albergue , a w nim bar, pora zjeść śniadanie. Ale jest jeszcze tak wczesna pora, że muszę budzić hospitalero ( gospodarza).

Szlak jest bardzo łagodny, nie ma większych wzniesień, szłam zatem bez większego wysiłku, podziwiając te małe hiszpańskie wioseczki. Często biedne, często zaniedbane, ale generalnie miłe w odbiorze, sprawiające wrażenie bezpiecznych schronień, bezpiecznych azylów. I ludzie tacyż sami : spokojni, mili, pogodzeni z losem, cieszący się tym co mają, chociażby to było bardzo niewiele. Może kiedyś te tereny były bogatsze i wioski większe, bo od czasu do czasu napotykam bardzo solidnie zbudowane stare kaplice, czy może raczej małe kościółki, usytuowane z dala od wiosek. Są dobrze utrzymane i czasami widzę jak jakiś staruszek drepcze w ich stronę, lub też właśnie stamtąd wraca. pewnie są to teraz takie miejsca na codzienny, miły spacer, dający tym starszym ludziom chwile dla duszy i chwile dla ciała. Bardzo to sympatyczne, ja sama też zawsze zatrzymuję się przy takich kapliczkach i wydaje mi się wtedy, że te stare kamienie coś do mnie szepcą, coś chcą mi powiedzieć…

Około 9-tej docieram do miasteczka Sahangun, jest tu kilka schronisk, bary, sklepy. Odpoczywam w nim przez chwilę i ruszam dalej. Za tym miasteczkiem  szlak się rozwidla, obserwuję zatem uważnie drogę, bo chcę iść dalej tzw. Real Camino czyli „Drogą królewską”, którą ponoć w XVIII w. wytyczył Karol III.  Przewodnik podaje , że nie jest  on zbyt ciekawy, bo prowadzi wzdłuż głównej drogi, ale mnie się podoba. Droga bowiem jest mało uczęszczana, samochody są rzadkością, a ścieżka dla piechurów została poprowadzona oddzielnie. Jest to dosyć szeroki trakt, wysadzony młodymi drzewami ( platany). Za parę lat, kiedy urosną, będą dawały wspaniały cień  i na pewno sprawią wiele radości wędrowcom.  Od czasu do czasu jest ławeczka, można odpocząć.

Koło południa zaczynam coraz częściej przysiadać  na tych ławeczkach, zdejmując choć na chwilkę buty. W czasie jednego z takich postojów mijają mnie dwie Panie: jedna Kanadyjka , a druga Amerykanka , pytając co się stało. Tłumaczę jak tylko umię i wtedy Amerykanka wzięła moją stopę do ręki ( uff, po tylu kilometrach skarpetki już pewnie niezbyt świeże, ale ona nie zwraca w ogóle na to uwagi), chwilę pomasowała, potem mocno pociągnęła za duży palec u nogi, aż poczułam ból gdzieś głęboko w moim wnętrzu, i powiedziała : teraz będzie dobrze. Kanadyjka tylko pokiwała głową , mówiąc na odchodnym : uwierz, ona to potrafi.  Odsiedziałam jeszcze chwilę, włożyłam buty i pomaszerowałam. Jeszcze trochę parzyło, ale ból był zdecydowanie mniejszy . Czyżbym spotkała następną czarownicę na szlaku ?

Niemniej, aby nie kusić losu , w następnej wiosce, korzystając z przerwy na posilenie się i ugaszenie pragnienia, zmieniam buty na sandały, po czym z łatwością przemaszerowuję kolejny odcinek, docierając po 31 km do El Burgo Ranero czyli Miasteczka Żab.  Skąd taka nazwa przekonam się następnego dnia. Kondycja tak mi dopisuje, że rozważam nawet pójście dalej, ale następne albergue jest w odległości 13 km i tylko to mnie powstrzymało. Bo 44 km na jeden dzień  to byłoby stanowczo za dużo.

Albergue municypalne jest prowadzone przez wolontariuszy, sympatycznych starszych panów; odpłatność jest donativo ( czyli co łaska). Jestem bardzo głodna, więc  najpierw idę do baru.  A w tym barze odbywa  się niezłe przedstawienie, ze mną w roli głównej… no więc po kolei wyglądało to tak : tego dnia miałam ochotę na „pulpo” czyli ośmiornicę, więc najpierw pytam , czy mają. Tak, mają, ale z ziemniakami. Ja na to, że nie chcę z ziemniakami.  No to trzeba zapytać w kuchni, czy może być ośmiornica bez ziemniaków. Jest zgoda kuchni, więc siadam do stolika i czekam.  Po chwili podchodzi do mnie inna kelnerka i rozmowa toczy się od początku : mówię, że chcę pulpo, ale bez ziemniaków, ona twierdzi, że tak nie można, potem pyta w kuchni, okazuje się, że może być, więc każe mi czekać.

Nie mijają 2 minuty jak podchodzi do mnie jeszcze inna kelnerka ( trzecia z kolei) i rozmowa znowu toczy się dokładnie tak, jak opisane wyżej. Z tą różnicą, że ta ostatnia była  zdecydowanie bardziej uparta i do końca twierdziła, że nie można dostać ośmiornicy bez ziemniaków. Czas mija, ja jestem coraz bardziej głodna, moja znajomość hiszpańskiego  nie pozwala mi na bardziej zawiłe negocjacje, więc się  poddaję i proszę, aby zaproponowała mi coś innego. Poleca gorąco fasolę, zgadzam się, byle szybko. Rzeczywiście po chwili mam już talerz pysznej fasoli szparagowej na stole. Kiedy ją pałaszuję , z wielkim smakiem zresztą,  wyłania się ta pierwsza kelnerka i przynosi mi talerz z ośmiornicą. Teraz ja zaczynam tłumaczyć , że nie chcę tej ośmiornicy, bo dostałam już fasolę,  bo powiedziano mi, że nie można bez ziemniaków… itp, itd… Ta pierwsza patrzy na mnie jak na wariatkę (albo  oszustkę), na szczęście pojawia się ta trzecia i potwierdza moje słowa.  Zamieszanie na całego. Odebrało mi to całą radość , zmęczyłam tą swoją fasolę, zapłaciłam i czym prędzej wyszłam z tegoż baru.  Taka przygoda zdarzyła mi się po raz pierwszy, jak długo jeżdżę do Hiszpanii.

Późnym popołudniem  odpoczywam w  albergue, w saloniku . Jest tam duży stół: jedni piszą, inni czytają, jeszcze inni drzemią. Na ławie  w kąciku znajdują się gazety , miesięczniki wydawane dla pielgrzymów. Biorę do ręki pierwszy z brzegu  i trafiam na obszerny artykuł o Astordze.  Nie byłam w stanie czytać tego spokojnie, bo stanął mi w oczach czerwcowy dzień 2009 roku, kiedy to zatrzymałyśmy  się z Virginią  w tym mieście. Pamiętam dokładnie   nasz spacer, wspólny obiad, naszą radość  ze wspólnej wędrówki. I potem moją niemoc, tak że musiałyśmy się rozstać i Virginia poszła dalej sama, Potem nasze niespodziewane spotkanie na O Cebreiro, magicznym miejscu na szlaku,  i jeszcze bardziej nieoczekiwane spotkanie na końcu drogi,  na mszy w Katedrze w Santiago. Przesuwają mi się przed oczami te obrazy jak film. A teraz Virginii już nie ma między nami, zostało tylko moje o niej wspomnienie…

W albergue jest trójka Brazylijczyków, których poznałam kilka dni wcześniej na trasie : dwóch panów i jedna pani. To Adriana ( druga już Adriana Brazylijka poznana na szlaku), Francesco i Franklin. Tworzą taką wesołą paczkę, więc  szybko musiałam się :”otrzepać”  z tych moich nie wesołych wspomnień  i dołączyłam do nich. Popijamy winko, wodę, co kto ma, i zaczynają toczyć się rozmowy. Trochę to trudne, bo oni po portugalsku. Na szczęście Adriana i Franklin mówią troszkę po angielsku, więc się jakoś  dogadujemy.

A potem zaczynają się śpiewy. To znaczy śpiewa Francesco ( ten najstarszy z nich) , a my mu wtórujemy. Śpiewa „a capella”, najpierw brazylijski folklor, a potem  przechodzi na przeboje Beatlesów, co znają już przecież  wszyscy. Prawie wszyscy obecni w schronisku biorą udział w ten naszej zaimprowizowanej zabawie. Hospitalerzy byłi zaskoczeni i uradowani, porobili trochę zdjęć  tej naszej rozbawionej ” bandzie”.  Było bardzo wesoło i radośnie. Języki się mieszały jak w wieży Babel…  W moim notesiku zapisałam , że to taki pierwszy, absolutnie beztroski wieczór. Nie wiedziałam , że ostatni….

2 komentarze do “Camino Frances, 2011, etap 17

  1. Witaj Tereso :)
    Podziwiam Cię i gratuluję samozaparcia :)
    Camino to także moje marzenie i wierzę, że kiedyś się uda :)
    Czy tamte dwa Twoje Camina także gdzieś opisywałaś?
    Z utęsknieniem czekam co będzie dalej w Twej opowieści :)
    Pozdrawiam Cię serdecznie życząc siły i zdrowia by móc cieszyć się tą DROGĄ chociażby jako Wolontariusz w albergue :)

    • Magdo, dziękuję ci serdecznie za ciepłe słowa, kolejne odcinki dziś i jutro.
      Poprzednie dwa camina nie opisywałam, ale zrobię to, jesienią, jak wrócę z tegorocznej wyprawy, jeśli wytrwasz , śledź mojego bloga.
      Od 1-go sierpnia br będę wolontariuszem, a 21-go sierpnia ruszam z Sevilii na szlak Via la Plata, to najdłuższy i najbardziej wyczerpujący… ale chcę się z tym zmierzyć… coś mnie tam ciągnie…
      Jeśli marzysz o camino, zrób to ! Tego się nie da opowiedzieć, to co piszę to tylko jakby odprysk tamtego życia, ono jest nie do opowiedzenia…
      Ja nie mam już wiele czasu dla siebie i mogę tylko żałować że urodziłam się za wcześnie, aby w wieku dojrzałym móc korzystać do woli z uroków wędrowania po naszej pięknej Europie..
      Pozdrawiam serdecznie _ Teda

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>