Camino del Norte 2015/part6

SAM_1451a
0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Gijon – Aviles

Zamierzam  skracać moją opowieść z kilku powodów. Po pierwsze kończy mi się tzw. „przestrzeń dyskowa” na blogu, a zatem muszę skasować sporo zdjęć zamieszczonych w starszych wpisach, aby móc zamieszczać nowe. Powycinałam już większość zdjęć, zostawiłam jeszcze tylko  te dołączone do opisów Camino Via la Plata i Camino Portugues, więc jeśli ktoś nie czytał  tamtych wspomnień to polecam, bowiem z czasem  również w nich skasuję  wszelkie media. Ograniczenie to jest bardzo nieżyciowe, bo przecież trudno prowadzić blog podróżniczy nie  ilustrując go  zdjęciami.

Po drugie -  przygotowuję  się do następnej wyprawy , a zatem moja uwaga zaczyna skupiać się na rozwiązywaniu zupełnie innych problemów logistycznych.

A  po trzecie: część mojej wędrówki nie odznaczała się jakimiś szczególnymi wydarzeniami, to było typowe życie ” w drodze”,  raz trudniej, raz łatwiej. Szłam, ale czasami tak jakoś bardziej „wsobnie”, skupiałam się na sobie, na swoich wciąż nie rozwiązanych problemach, nicowałam to swoje życie  na wszystkie strony. To tak jakby  otoczyć się jedwabnym kokonem , zamknąć  oczy, stulić  uszy i w tym stanie próbować  zrozumieć  i  zaakceptować siebie .  Może  spowodowane to było swego rodzaju  zmęczeniem…

Ale póki co,  wędruję z Gijon do Aviles. Nie jest to może odcinek obfitujący w fascynujące  widoki, ale zrobił na mnie bardzo  miłe wrażenie.  Wyjście z Gijon jest jednak mało sympatyczne; cały czas wzdłuż głównej drogi , potem mała ekwilibrystyka przez tory kolejowe, pod wiaduktem  przy robotach drogowych i wreszcie wyjście  w stronę bardziej cichych i spokojnych dróg. Zaczyna się podejście pod Monte Areo,  wzgórze jednak jest  nie  wysokie, idzie się dosyć spokojnie. Po  ok. 2 godzinach marszu docieram do wioseczki Poago, gdzie wg przewodnika powinien być bar , więc już ostrzę sobie apetyt na poranną kawusię.  Ale nic z tego , baru nie ma . W zamian spotyka mnie   miła niespodzianka : otóż  w środku wioseczki jakaś dobra dusza ( albo „dusze”)  urządziła kącik dla pielgrzymów : jest woda w kanistrach, kubeczki jednorazowe, cytryny, ciasteczka i jeszcze jakieś inne smakołyki w słoikach. Wszystko to umieszczone na półeczkach, a obok napis, że to dla pielgrzymów. Jest też  informacja, w którym domu można uzyskać pieczątkę do credencialu.

SAM_1449                           Bezinteresowna pomoc dla pielgrzymów  /  a selfless help for pilgrims

Nie potrzebuję niczego z tych rzeczy, przysiadam jednak na ławeczce obok, aby odpocząć i aby tym odpoczynkiem wyrazić wdzięczność dla tych anonimowych ludzi. Za to , że ktoś miał  taki pomysł, że komuś chciało się to zrobić, słowem chciało się chcieć…   To niewiele kosztuje, ale podnosi niezmiernie na duchu. Kiedy  tak sobie  siedzę i kontempluję podjeżdża  samochód, z którego wysiada  starsza pani  Podchodzi  do mnie  i wita  z uśmiechem, niemal jak starą znajomą (To jest to, co wciąż podziwiam w Hiszpanii: nie ma ksenofobii, każdy obcy jest serdecznie witany).

Pyta skąd jestem, skąd i dokąd idę no i czy podoba mi się ten kącik.  Odpowiadam , że z Polski, że idę z Santander i  że bardzo mi się to podoba, szkoda tylko , że nie ma  baru, abym mogła napić się kawy.   Na co Pani  z uśmiechem odpowiada, że to nie problem: mieszka bowiem naprzeciwko i za parę minut  przyniesie mi kawę. Do domu nie może mnie zaprosić, bo ma okropnie złego psa ( to prawda, słyszę jego wściekłe ujadanie za płotem).  Wow, zrobiło mi się głupio, zaczęłam przepraszać, niech sobie nie robi kłopotu, przecież wytrzymam bez tej kawy. Ale ona nie chce tego słuchać , mam poczekać i już. I rzeczywiście : po kilku minutach przynosi  na tacy świeżo zaparzoną kawusię  i jeszcze do tego ciasteczka. Wzruszenie moje jest ogromne, nie wiem jak mam jej dziękować…

Piję tą kawę , oczy mam wilgotne ze  wzruszenia , a serce pełne  wdzięczności dla tych wielu anonimowych ludzi, którzy tak spontanicznie, z dobrego serca  starają się pomóc nam, wędrującym szlakiem do Santiago.  Przelatują mi przed oczami obrazy z poprzednich wędrówek, podczas których wiele razy doświadczałam tej prostej bezinteresowności. Prostej, ale pięknej, pozbawionej wszelkiej kalkulacji, pozbawionej ksenofobicznych odruchów i świadczącej o  absolutnej otwartości na problemy drugiego człowieka.  To  nie chodzi o tą kawę, przecież to nie była kwestia życia, chodzi o nieograniczoną chęć pomocy drugiemu człowiekowi, od którego przecież nie można spodziewać się wzajemności. Bo pielgrzym dziś jest tu, a jutro  wiele kilometrów dalej.

Z bardzo lekkim sercem ruszam dalej na szlak.

SAM_1451a                                    I jeszcze takie miejsce do odpoczynku  /  and next place to rest

Po drodze mijam też wioskę Santa Eulalia, w której jest urocze miejsce z kościołem , ufundowanym  prze króla Alfonsa III wraz z małżonką , około X w.

SAM_1455                                                         Iglesia de Santa Eulalia

W wiosce tej  można jeszcze podziwiać  antyczne „pralnie” to znaczy miejsce , w którym kiedyś panie domu robiły pranie. Jest to swego rodzaju basen, z wbudowanymi tarkami do prania. Pralnie te  zostały w ostatnich latach odrestaurowane i stanowią turystyczną ciekawostkę.

Ostanie kilometry przed Aviles są zupełnie nieciekawe i raczej trudne : szlak wiedzie  szosą, wzdłuż strefy przemysłowej. Idę i przypomina mi się etap na Camino Portugues, z Walenci do Mos , kiedy to też przez kilka kilometrów szliśmy wzdłuż takiej drogi. Żadnej radości, pył. kurz, hałas pędzących ciężarówek .

Wreszcie dochodzę do Aviles. To ładne miasteczko, z piękną starówką pełną  stylowych , bogatych  kamienic. Jest też uroczy park, w którym spędzam dłuższy czas, dumając co robić dalej.

SAM_1468                                                                    Park w Aviles   / Park in Aviles

Coś mnie bowiem ciągle uwiera, czegoś mi brakuje. Zmęczenie, które czułam już w Villaviciosa  wciąż mnie nie opuszcza. Chwilami rozpatruję wariant zakończenia wędrówki, ale z drugiej strony czuję, że nie powinnam się poddawać. Pozostawiam ten problem do rozstrzygnięcia  na wieczór i noc, która  – jak przewiduję  – zapowiada się  bezsennie. Albergue ma bowiem tylko jedną salę na ok. 60 łóżek. I chociaż spotykam tu Juana,  a także francuskie małżeństwo, z którym mijam się już od dłuższego czasu,  nie zaspokaja to jednak moich oczekiwań. Coś muszę zmienić…

cdn.

P.s. Nie potrafiłam się zdecydować  nad dalszym usuwaniem zdjęć z moich wpisów i dlatego dalszy ciąg mojej opowieści opisuję na platformie Google + , Blogger . Adres  : „tedaperegrine.blogspot.com” Zapraszam…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>